|
Kolejnego dnia po południu odpływali. Obserwowało ich 2 tys. oczu. Piękna
kobieta podbiegła z całym tłumem do brzegu statku i na jej odgłos wszyscy
zaczęli krzyczeć modlitwę lub pożegnanie. Pielgrzymi na statku wzięli do rąk
strzelby, a Marlow zagwizdał parą, by odstraszyć tubylców. Tylko kobieta nie
ulękła się i stała w bezruchu. Później ze statku odezwały się karabiny.
Wypłynęli z jądra ciemności. Wszyscy na statku odetchnęli, dyrektor patrzył
podejrzliwie na Marlowa, gdyż ten wcześniej nie potępiał razem z nim Kurtza i
metod jego działania. Domyślał się, iż być może podobnie jak Kurtza tak i jego
spisano już na stratę.
W ostatnich dniach życia Kurtz dużo mówił, a czasem wydawał się
dziecinny. Miał swoje tajemnice, których nie zdradzał. Jednego dnia dał Marlowowi jakiś pakunek. Nie chciał, by znalazł go dyrektor nazywany przez niego
bałwanem. Pewnego wieczora wszedł do kajuty i Kurtz umierał, powtarzając słowa:
„Zgroza! Zgroza!”. Kolejnego dnia pielgrzymi pochowali jego zwłoki. Marlow
rozważał odejście Kurtza i ocenił go jako wielkiego człowieka. Potrafił bowiem w
godzinie śmierci odnieść się do swojego życia i nazwać je złym. Marlow czuł, że
przeżył tę najważniejszą chwilę życia Kurtza wraz z nim. Dlatego postanowił być
mu wiernym do końca. Nie umarł, nie pogrzebano go, a jednak to w nim pozostała
ta chwila.
Po zakończeniu rejsu Marlow chodził jak pijany, miał gorączkę i nie wiedział co
zrobić z paczką papierów powierzoną mu przez Kurtza. Matka tego agenta zmarła
pielęgnowana przez narzeczoną Kurtza. Odwiedzali go ludzie ze spółki handlowej,
aby wydobyć dokumenty z paczki Kurtza. Domyślali się, iż jest tam dużo
informacji cennych dla spółki i handlu. Marlow dał panu w okularach referat
Kurtza, ale ten wybuchnął gniewem i postraszył Marlowa sądem. Potem pojawił się
daleki kuzyn oświadczając, iż Kurtz miał wielki talent muzyczny. Potem
dziennikarz, który mienił się kolegą Kurtza i chciał dociec powodu wyjazdu
Kurtza do Afryki. Zadowolił się raportem. Tak naprawdę nikt z gości nie potrafił
powiedzieć, jaki zawód miał zmarły agent. Wreszcie Marlow został sam z paczką
listów i zdjęciem dziewczyny, na pierwszy rzut oka pięknej. Postanowił do niej
pójść. W rozmowie z kobietą wyczuł jej miłość do Kurtza. Pytała, czy podziwiał
go, gdyż nie można było go znać i nie podziwiać.
Marlow kłamał, aby nie zrobić
jej przykrości. Mówiła i wychwalała swojego zmarłego ukochanego, a Marlow czuł
pogłębianie się ciemności. Była szczęśliwa z nim przez krótką chwilę, a teraz
będzie nieszczęśliwa przez resztę życia. Tak, przyznała, miała to szczęście znać
go i być z nim. Miał wielkie plany, był taki doby, jaśniał dobrocią i ludzie nie
powinni go zapomnieć- nastawała. Opłakiwała go przez rok, z nikim nie mogła o
nim mówić. Marlow przyznał się do bycia świadkiem ostatnich słów Kurtza. Prosiła
o powtórzenie ostatnich słów ukochanego, by mogła z nimi żyć. Marlow nie mógł
powiedzieć prawdy. Nakłamał, iż ostatnie wymówione słowo to jej imię. Kurtz
domagał się tylko sprawiedliwości, więc miał obowiązek powiedzieć prawdę
dziewczynie. Nie mógł, zrobiłoby się beznadziejnie ciemno.
KONIEC
|
|