 |
W odległości ponad 50 mil od Kurtza dotarli do szopy. Był tam
przygotowany zapas drewna opałowego dla parowca. Była tam kartka, aby zabrali
drewno, śpieszyli się i zbliżali powoli. Szopa była zarośnięta wokół, a w środku
zaniedbana. Leżała tam książka niejakiego Towsena o badaniach marynarskich.
Marlow czytał tę książkę bez wiary, ale udało mu się zapomnieć o problemach. Na
marginesach książki widział zapiski zaszyfrowane. Nie wierzył własnym oczom.
Załadowali drewno i dyrektor dał znać, by płynęli dalej.
Nazajutrz obliczyli, iż znajdują się jakieś 8 mil od Kurtza. Statek ledwo
płynął. Ponieważ był wieczór, dyrektor nakazał zakotwiczenie do następnego dnia.
Mieli wyraźne sygnały, by zbliżać się ostrożnie, więc wolał płynąć za dnia.
Dystans 8 mil mogli pokonać w 3 godziny. Marlow nie był zadowolony z tego
oczekiwania.
Rano czekali aż opadnie mgła. Najpierw cicho a potem coraz głośniej
dochodziły do nich wycia i wrzaski. Pielgrzymi ruszyli do kajut i wracali z
naładowanymi karabinami. Bali się wszyscy. Ludożercy nalegali, by złapać i zjeść
tych na brzegu. Byli zatrudnieni na pół roku, choć prawdopodobnie nie zdawali
sobie sprawę z czasu, nie znali go. Co trzy dni płacono im drutem po 9 cali
długości. Niby mieli kupować sobie za tę obiegową monetę jedzenie w wioskach,
ale statek nigdzie nie wpływał. W zasadzie nie mieli nic mięsnego do jedzenia,
aż dziwne, że nie rzucili się na Marlowa i innych. Musieli mieć jakieś hamulce.
Dyrektor chciał ruszać, ale Marlow nie zgodził się. Nie mogli płynąć
we mgle. Dyrektor udawał, iż zależy mu na dopłynięciu do Kurtza zanim stanie mu
się coś złego. Przecież mieli sygnały, że chorował. Rozważali czy tubylcy
zaatakują ich. Także musieliby pokonać mgłę. Marlow uważał zresztą odgłosy
nawoływania za wyraz smutku, a nie agresji. Dwie godziny później mgła ustąpiła i
ruszyli. Przeciskali się pomiędzy mieliznami. W pewnym momencie spadły na pokład
strzały. Skryli się pod dach. Pielgrzymi otworzyli ogień do zarośli, skąd
spadały na nich stada strzał.
Sternik upadł mu pod nogi zalany krwią. Dostał włócznią w bok. Marlow pociągnął
nerwowo za linkę od gwizdka parowego i kilkakrotnie gwizdnął. Wrzaski w
zaroślach umilkły. Pielgrzym wysłany przez dyrektora zbadał sternika, stwierdził
zgon. Przypuszczał, iż także Kurtz nie żyje. Marlow na samą myśl o tym rozżalił
się, bowiem chciał porozmawiać z tym agentem. Wyrzucał zalane krwią buty za
burtę.
Dobili do brzegu. Załadowali cały parowiec kośćmi słoni. Marlow nazwał
Kurtza szatanem, który rządził na lądzie duszami tamtych dzikich ludzi, porywał
ich do robienia rzeczy, które chciał zrobić. Kurtz pochodził i kształcił się w
Anglii. Jego ojciec był pół Francuzem, a matka pół Angielką. Międzynarodowe
Towarzystwo Tępienia Dzikich Obyczajów powierzyło mu opracowanie referatu jako
wytyczne do działania Towarzystwa. Napisał aż 17 stron między innymi o tym, że
dzicy ludzie uważają ich za rasę wyższą, nadnaturalną. Ten fakt można
wykorzystać, twierdził w referacie, aby rozwinąć „dodatnią działalność” o
nieograniczonej potędze. Kurtz prosił, by Marlow zajął się tą broszurą, by świat
ją wykorzystał. Na ostatniej stronie dopisał wcześniej zdanie: „Wytępić te
wszystkie bestie!”.
Odbył się pogrzeb sternika i Marlow zamierzał wrzucić zwłoki do rzeki,
chociaż ludożercy chcieli je zjeść. Pielgrzymi cieszyli się z jatek, które
zrobili w dżungli. Płynąc, zobaczyli człowieka, był to Rosjanin, marynarz, miał
25 lat. Mówił o Kurtzu, że przekonał jakieś holenderskie spółki i przybył tu dwa
lata temu. Dołączył do niego i on. Na pytanie, dlaczego tubylcy strzelali do
nich odpowiedział, że nie chcą, aby zabrali Kurtza. Radzi zostawić trochę pary
do gwizdania, to prości ludzie i gwizdka boją się bardziej niż wystrzałów.
Okazało się, iż to ów Rosjanin narąbał im wcześniej drzewa i to jego książkę Towsena miał Marlow. Zapiski na jej marginesach nie były szyfrem, tylko tak
wygląda język rosyjski. Co do Kurtza, wzbogacił jego duszę.
|
|