 |
Dostał nominację po tym, jak jeden z kapitanów zginął z rąk krajowców. Później
dowiedział się, iż był nim Duńczyk Fresleven, a zginął z powodu kur. Twierdził,
iż został oszukany przy kupnie kur, zszedł na ląd i okładał kijem wodza wioski,
Murzyna. Dla próby jego syn dźgnął Duńczyka dzidą między łopatki i zabił go.
Następnie wszyscy przestraszeni tubylcy uciekli do lasu, a i parowiec szybko
odpłynął. Kiedy tam Marlow był, wieś opustoszała a zwłoki, bielejące kości
kapitana leżały nietknięte.
Marlow szybko chciał podpisać umowę. Poszedł więc do gmachu spółki.
Przyjęły go dwie kobiety robiące na drutach coś z czarnej wełny. Wszystko
odbywało się tam w atmosferze tajemniczości. Potem domyślał się, iż była to
brama do świata ciemności, z którego niewielu wracało, aby zobaczyć te kobiety
raz jeszcze. Podczas badania lekarskiego doktor zmierzył Marlowowi czaszkę,
zawsze tak robił z ludźmi jadącymi do Afryki. Pytał jeszcze, czy Marlow nie miał
w rodzinie nikogo chorego psychicznie. Miał pewną teorię związaną z ludźmi
wyjeżdżającymi tam, lecz nie zdradzał jej nikomu.
Podczas pożegnania z ciotką mówiła mu, iż jest działaczem przez duże „D”,
ponieważ ma misję cywilizowania ludzi Afryki. On odparł, iż jedzie tam dla
interesów i ma zamiar przysparzać zysku spółce. Rozstawał się z nią z uczuciem
jakby nie jechał w inne miejsce świata, ale do wnętrza ziemi. Wsiadł na
francuski parowiec i ruszył do portu przeznaczenia, zawijając do każdej
napotkanej przystani. Każdy dzień na horyzoncie wyglądał podobnie, jakby nic nie
zmieniało się. Zmarłych na statku z różnych powodów ludzi wrzucano po prostu do
wody i nikt się nimi nie przejmował. Czasami spotykali jakieś łodzie, ale
rzadko. Raz napotkali statek wojenny ostrzeliwujący ląd, nie było tam żadnych
budynków, ani nawet szopy. Działa waliły po chaszczach. Byli to Francuzi
prowadzący jedną ze swoich wojen. Dostarczyli im listy i płynęli dalej. Mówiono,
iż na tym wojennym statku załoga umierała na febrę w ilości 2-3 osób dziennie.
Po 30 dniach żeglugi zobaczył ujście rzeki Kongo, gdzie znajdowała się
stolica urzędowa Konga Belgijskiego. Praca Marlowa miała zacząć się 200 mil
dalej, więc od razu ruszył w górę rzeki do miejsca o 30 mil w górę rzeki.
Kapitanem jego statku był Szwed. Ponieważ wiedział, iż Marlow jest marynarzem,
zaprosił go na mostek. Rozmawiali o urzędnikach i Szwed kpił z urzędników. Żaden
z nich nie nadawał się do pracy w górze rzeki, nikt z nich nie wytrzymałby tam.
Marlow przyznał, iż celem jego podróży jest góra rzeki i sam przekona się, jak
tam jest. Któregoś dnia kapitan spotkał człowieka, też Szweda, który powiesił
się na drzewie z niewiadomych powodów. W końcu dopłynęli do przystani spółki,
gdzie wysadził Marlowa i jego 4 skrzynie dobytku. Tam pożegnali się.
Marlow szedł w poszukiwaniu jakiegoś urzędnika, miejsca noclegu. Zauważył
Murzynów. Było ich sześciu i szli pod górę. Pracowali przy budowie kolei. Na
głowie nieśli kosze pełne ziemi, a wyglądali na wychudzonych i niemal
zagłodzonych. Każdy miał na szyi żelazną obrożę i byli połączeni łańcuchem.
Przypadkowo zszedł do niewielkiej doliny i zobaczył wśród drzew ciała Murzynów.
Ci ludzie jeszcze żyli, ale praca doprowadziła ich do stanu wycieńczenia. Byli
tam, aby umierać. Jednemu z nich, wyglądającemu na chłopca, podał suchara.
|
|